Gibraltar · kobieta · lifestyle · podróże · styl bycia · Wakacje · wakacje z dziećmi · wspomnienia

Gibraltar-جبل طارق – Dżabal al-Tarik, „góra Tarika”

Wycieczka na Gibraltar jest jedną z moich ulubionych. Ten mały region świata, znajduje się na powierzchni 6,55 km² i kryje w sobie niesamowitą historię. Ponieważ jest to terytorium zamorskie należące do wielkiej Brytanii, władzę nad nim sprawuje Królowa Elżbieta II. Po jego wschodniej części znajdują się zatoki Sandy oraz Catalan Bay, część zachodnią zamieszkuje większa populacja miasta. Ogromną powierzchnię, zajmuje skała Gibraltarska, w której znajduje się około 150 jaskiń. Jednak naturalnych formacji jest 78, reszta to sztuczne tunele i komory, wykute przez ludzi.

DSC_0633

gibraltar-890293_1920

Punktualnie o 7:30 rano, podjeżdża po nas autokar. Jesteśmy jednymi z pierwszych pasażerów. Siadamy tuż za fotelem kierowcy, żeby lepiej widzieć, zapinamy pasy i w drogę! Przez kolejną godzinę, podróż dłuży nam się niemiłosiernie. Zatrzymujemy się bowiem co chwilę, żeby zabrać kolejnych uczestników wycieczki. Kiedy autokar jest już pełen, wjeżdżamy na autostradę i teraz możemy już nacieszyć oczy przepięknym wschodem słońca. Niebo mieni się kolorami czerwieni i purpury, jest cudownie! Wybrzeże Costa del Sol, jest niemal puste. Nieliczni amatorzy porannego wstawania, spacerują po piaszczystych plażach, rozkoszując się symfonią morskich fal uderzających o brzeg.

Podczas 2 godzinnej podróży, udaje mi się nawet zdrzemnąć. Oddałabym wszystko za kubek mocnej kawy 🙂 Dojeżdżamy na miejsce i zatrzymujemy się przed kontrola graniczną. Paszporty zostają sprawdzone szybko i sprawnie. Przejeżdżamy przez ogromną płytę lotniska, na której wydzielona jest ulica, łącząca centrum miasta z przejściem granicznym Hiszpanii. Podczas startu i lądowania samolotów,  jest zamykana na około 10 minut.

Kiedy wchodzimy na główną ulicę w centrum, jestem zszokowana! To nie tak miała wyglądać nasza wycieczka! Jest tu pełno sklepów, ulica zatłoczona, wszędzie gwar i hałas. Dla mnie atrakcją miała być ogromna skała i jej historia, jaskinia, małpy, pomnik Generała Sikorskiego i Afryka ( co prawda oddalona o jakieś 20 kilometrów, ale lepszy rydz nisz nic 😀  ) . Dopiero potem dowiedziałam się, że między innym właśnie na handlu, opiera się obecna ekonomia Gibraltaru. Dlatego zamiast rajdu po sklepach, skupiam się głównie na fotografowaniu ciekawych miejsc ( i ciekawych osobistości 🙂 ).

DSC_0652
nie pytaj mnie jak on to zrobił, ja też nie zapytałam 🙂

Uciekamy od zatłoczonych ulic i docieramy do ciekawego miejsca zwanego Landport Tunnel. W przeszłości była to jedyna droga by dostać się z lądu do fortyfikacji, dlatego bardzo dobrze jej strzeżono i odpowiednio wzmocniono. Po odbiciu terytorium z rąk Hiszpanii, do obrony tego miejsca użyto aż 20 armat!

Nasz przewodnik jest już gotowy i małym busem zabiera nas na Skałę Gibraltarską. Wjeżdżamy w bardzo wąski tunel, w którym ledwo co się mieścimy, nasz kierowca ma jednak duże doświadczenie i unikamy jakichkolwiek zadrapań. Następny tunel jest o wiele większy, nie tak klaustrofobiczny jak poprzedni. Kiedy z niego wyjeżdżamy na horyzoncie ukazują się nam góry Atlas w Maroku! Wow!Afryka na wyciągnięcie ręki!

DSC_0703

 

Kiedy wysiadamy rozglądamy się wokół, szczęki trzeba zbierać z ziemi, widoki są naprawdę oszałamiające! Jest przepięknie!

Pierwszym miejscem które zwraca naszą uwagę, jest Europa Point, jest to najbardziej wysunięty na południe punkt Gibraltaru. DSC_0707

Przepiękna latarnia morska zbudowana przez Alexandra Woodforda w latach 1838- 1841. W pełni zautomatyzowana w 1994 roku. Jej światło widać z odległości 27 km.

DSC_0713

Meczet Ibrahim al Ibrahim, zwany również meczetem Króla Fahd bin Abdulaziz al-Saud. To przepiękna, biała budowla skierowana frontem w stronę Maroka, której minaret ma 71 metrów wysokości. Był to prezent od Króla Arabii Saudyjskiej. W meczecie znajduje się szkoła, biblioteka i czytelnia.

Pomnik generała Władysława Sikorskiego, który zginął 04.07.1949 roku w katastrofie lotniczej na Gibraltarze.

Znowu wsiadamy do busa i wąską drogą wjeżdżamy coraz wyżej. Docieramy do miejsca, z którego widać przepiękną panoramę Gibraltaru, port i Hiszpanię.

DSC_0747

Spotykamy też pierwsze makaki 🙂 To jedyne małpy w Europie, które żyją na wolności. Legenda mówi, że jeśli któregoś dnia magoty znikną, Wielka Brytania utraci na zawsze Gibraltar. Podczas naszej wycieczki małpy były spokojne i trzymały fason 🙂 Trzeba jednak uważać, bo są to jednak dzikie zwierzęta i mogą podrapać lub pogryźć. Są także bardzo ciekawskie i chwila nieuwagi może kosztować utratę plecaka 🙂 Ich populacja obecnie wynosi ok. 230 makaków, które żyją w rezerwacie przyrody.

Docieramy do przepięknej jaskini Św. Michała, która obecnie używana jest jako sala koncertowa. Składa się ona z rozległej sieci tuneli a także dwóch mniejszych jaskiń. Jestem jednak zawiedziona, że takie piękne miejsce zostało naruszone działalnością człowieka. Kolorowe światła we wnętrzu jaskini, kompletnie nie przypadły mi do gustu.

DSC_0761
makak gibraltarski sprawdzał bilety wstępu do jaskini 🙂

Cała wycieczka niemal dobiega końca, jeszcze ostatni rzut oka na piękną panoramę Gibraltaru, kilka zdjęć i niestety czas wracać. Nasz przewodnik był bardzo sympatyczny i z dużym poczuciem humoru, cała wyprawa z nim była piękną przygodą!

DSC_0884

Caminito del Ray · kobieta · podróże · Wakacje · wakacje z dziećmi · wspomnienia

Ścieżka Króla.

El Caminito del Rey, zwana także ścieżką Króla, do niedawna była jedną z najbardziej niebezpiecznych tras trekkingowych świata. Czyli wisienka na torcie dla miłośników adrenaliny i mocnych wrażeń. Osobiście zdecydowałam się wybrać w te rejony Andaluzji, aby zmierzyć się z jednym z moich największych lęków-lękiem wysokości. Zupełnie przypadkiem natknęłam się na fenomenalne zdjęcie w internecie, kiedy sprawdzałam, jakie atrakcje czekają na nas w Hiszpanii. Pomyślałam wtedy WOW! Ta wycieczka, zdecydowanie znajdzie się na mojej liście „must do”.

El Caminito Del Ray, powstała w latach 1901-1905. Betonowe chodniki zawisły na wysokości 100 m, nad klifami rzeki Guadalhorce w Parku Narodowym Desfiladero de los Gaitanes, w hiszpańskiej prowincji Malaga, niedaleko miasteczka El Chorro. Ścieżka służyła głównie do transportu materiałów potrzebnych do budowy zapory wodnej, a także, by monitorować prace budowlane. Król Alfons XIII przeszedł tę trasę w roku 1921 w czasie uroczystości otwarcia Conde del Guadalhorce. To właśnie wtedy, ludzie zaczęli nazywać tę trasę „Ścieżką Króla” i ta nazwa obowiązuje do dziś.

DSC_0046
Ścieżka liczy sobie ponad 100 lat, w związku z czym, działalność ludzka i czynniki naturalne sprawiły, że szlak uległ zniszczeniu. Chodniki zapadły się w wielu miejscach, tworząc ogromne dziury, przez które widać płynącą w dole rzekę Guadalhorce. Niektóre fragmenty trasy, to jedynie bardzo wąskie stalowe belki, przytwierdzone do wapiennych skal. W latach 1999-2000, doszło do kilku tragicznych wypadków. W związku z tym trasa została oficjalnie zamknięta a część chodników rozmontowana.Nie odstraszyło to jednak miłośników sportów ekstremalnych, którzy szerokim łukiem omijali zakazy i za nic mieli wysokie kary finansowe za ich złamanie. Zresztą kto by się odważył ruszyć za nimi w pogoń, po tak niebezpiecznej trasie? Ścieżka Króla, zostaje w końcu odrestaurowana i otwarta dla turystów w marcu 2015 roku.

Dla widzów o mocnych nerwach, filmik poniżej przedstawia wejście na szlak od strony północnej, zanim ścieżka została odrestaurowana . Powiem szczerze, że film przyprawił mnie o palpitacje serca i zawroty głowy!

Nasza wyprawa zaczyna się wcześnie rano w centrum Malagi. Tam spotykamy się z przewodnikiem  i resztą grupy. Po omówieniu wszystkich spraw organizacyjnych, jesteśmy gotowi by ruszyć w drogę!

Kiedy zjechaliśmy z zatłoczonej autostrady, ukazał nam się przepiękny krajobraz hiszpańskiej prowincji. Wielkie, białe wiatraki, obracały leniwie swoje masywne skrzydła. Pomarańcze, mandarynki i cytryny, beztrosko dojrzewały na drzewach, muskane ciepłymi promieniami słońca. Po jednej stronie drogi długie pasma górskie, a po drugiej malutkie skupiska domków o białych, wapiennych ścianach. Mogłabym tu zostać na zawsze!

Cała trasa ma około 7.7km. Spacer rozpoczynamy wejściem do 200 metrowego tunelu od strony północnej szlaku. Jest cudownie!! Widoki zniewalające! Przewodnik z resztą uczestników idą przodem (razem z moją córką, która zostawiła mnie w tyle 🙂 ), ja skupiam się na robieniu zdjęć i chłonę piękno przyrody. Gęste, zielone korony drzew, dumnie zdobią  wapienne skały. W dole płynie rzeka w kolorach turkusu i zieleni i ta cudowna cisza…Żadnych hałasów, huków, szumu przejeżdżających aut czy pracujących maszyn. Same odgłosy natury, śpiew ptaków, szum wiatru czy dźwięki trzaskających gałązek, które łamią się nam pod stopami. Tutaj czas płynie wolno, natura zdecydowanie rządzi się swoimi prawami.

Za chwile wejdziemy na sławną ścieżkę Króla, jeszcze tylko kask na głowę i teraz nie ma już odwrotu!

Lęk narasta we mnie coraz bardziej. Kurczowo trzymam rękę Hani, która wyrywa się mówiąc do mnie z wyrzutem, że nie jest już małym dzidziusiem. Pierwszy rzut oka na drewniane platformy o szerokości metra i barierkę, która sięga nieco powyżej pasa, oblewa mnie zimny pot, choć temperatura powietrza sięga 23 stopni. W myślach wyrzucam sobie, jaka to ze mnie nieodpowiedzialna matka, i dlaczego nikt mnie nie zatrzymał żeby sprawdzić czy Hania jest wystarczająco duża, żeby na tę ścieżkę wejść. Spojrzałam na niebo, nic nie zapowiadało obfitych opadów deszczu, czy porywistego wiatru, bo to oznaczałoby, że wycieczka będzie odwołana. Nic z tego!

Trzymam się blisko ściany. Przerażenie rośnie, kiedy kątem oka widzę przepaść! Robię kilka zdjęć, wysuwając rękę z aparatem poza barierkę. Cyk, cyk, cyk. Nawet nie wiem czy ostrość dobra. Wiem tylko, że nie odważę się wychylić, by dobrze wykadrować zdjęcie.

DSC_0048DSC_0050DSC_0052DSC_0055

Zatrzymujemy się na chwilę, by posłuchać co przewodnik chce nam powiedzieć. Nie docierają jednak do mnie żadne słowa, bo jedyne, na czym mogę się skupić to przechodzący obok mnie ludzie. Stoję przyklejona do skalnej ściany. Nie ma mowy, żebym przepuściła kogoś, przysuwając się bliżej barierki, nawet nie przepraszam. Hania dziarsko idzie przede mną. Ta cała wyprawa nie robi na Niej większego wrażenia. Ze swoim strachem i lękiem wysokości muszę się zmierzyć sama. Na początku trasy strome, wapienne ściany wąwozu, są bardzo blisko siebie. Po kilkudziesięciu metrach, zauważam otwartą przestrzeń. Schody poprowadzą nas teraz stromo w dół, a przynajmniej tak mi się wydaje. Po lewej stronie wąwozu, biegnie trasa kolejowa w wykutych skalnych jaskiniach. Uff, mogę w końcu odetchnąć z ulgą. Obejrzałam się za siebie, to co przed chwilą napawało mnie przerażeniem, wzbudza zachwyt!

 

Pierwszy odcinek trasy kończy się wejściem na leśną dróżkę. Żadnych przepaści, wysoko zawieszonych ścieżek, spokój, cisza i towarzystwo natury. Robimy mały postój. Czekoladowe batony i kilka łyków wody, stawiają nas na nogi. Jeszcze kilka minut odpoczynku i możemy ruszać dalej. Czeka nas kolejne kilka kilometrów marszu. Ostatni odcinek Caminito del Ray, wzbudza we mnie największy strach. Naprawdę nie wiem jak zbiorę się na odwagę by go pokonać..

 

Przez chwilę zapominam o moim lęku wysokości, rozglądam się wokół, widoki są naprawdę spektakularne..Podchodzę nawet bliżej barierki, by przewodnik zrobił nam zdjęcia.

Większość trasy już za nami. Docieramy do miejsca, gdzie mój strach znowu paraliżuje mnie na krótką chwilę. W pewnym momencie wąwóz ma bardzo duże wgłębienie. Jest bardzo wysoko i przerażająco! Na ścieżce znajduje się niewielka, szklana platforma, przez którą widać jak wysoko jesteśmy. Udaje mi się nawet wejść na tę platformę na kilka sekund 🙂

 

Staram się pokonać ten przerażający odcinek jak najszybciej. Jednak przewodnik prosi, by zawrócić i na chwilkę się zatrzymać. Serio?!. Powód naszego krótkiego postoju, to niesamowite skamieliny.

 

DSC_0177
Tutaj dokładnie widoczna stara ścieżka tuż pod nowymi drewnianymi platformami.

 

DSC_0219
Na tym małym betonowym moście, nasz przewodnik czołgał się, by przedostać się na drugą stronę.

Ostatni odcinek trasy, obejmuje przejście przez most zawieszony miedzy dwiema ścianami wąwozu. Zanim jednak wejdziemy na most, mijamy tablicę, która upamiętnia tragiczny wypadek. Z opowieści przewodnika udało mi się ustalić, że tych trzech młodych mężczyzn, chciało się dostać z miejsca w którym robię zdjęcie, na drugą stronę wąwozu, gdzie biegnie szlak kolejowy. Po jego lewej stronie znajduje się malutka jaskinia (zaznaczona czarnym kółkiem). Ogromna lina na która łączyła ścieżkę z tą właśnie jaskinią, nie była profesjonalnie przymocowana, w chwili kiedy Antonio, Andres i Martin w trójkę chcieli po niej zjechać, lina puściła i mężczyźni zginęli na miejscu.

Docieramy do mostu. Wiem, że zaraz będę musiała na niego wejść. Nogi mam jak z waty, serce bije szybko, jestem spocona i ledwo co mogę złapać oddech. Nie wiem, czy dalej przepuszczać kolejne osoby przed siebie, czy odważyć się i zrobić pierwszy krok. W końcu, biorę głęboki wdech i ruszam…Udaję, że wszystko jest w porządku, tylko dlatego, że moja córka zawstydziła mnie, wchodząc na most pierwsza!!

Udało się! Jestem z siebie bardzo dumna i jednocześnie bardzo zmęczona (chyba panikowaniem przez cały spacer 🙂  ). Tak bardzo, że nie mam się już siły bać. Cała wyprawa, kończy się pysznym tradycyjnym posiłkiem, w małej przydrożnej restauracji. W drodze powrotnej w samochodzie panuje cisza. Wszyscy oprócz kierowcy, zasypiają jak dzieci.

To była niesamowita przygoda!!! ❤

 

Paryż · podróże · Wakacje · wakacje z dziećmi · wspomnienia

Paris, je t’aime!

Gwałtowne szarpnięcie zatrzęsło całym samolotem, pilot rozpoczął hamowanie. Po 3,5-godzinnym locie z gorącej jak latynoskie tańce Hiszpanii, znalazłam się w Paryżu, kolebce sztuki, mody i romantyzmu.

Obsługa lotniska przywitała mnie słowami: „Bonsoir Madame” i nagle poczułam się bardzo wytwornie, zupełnie jak Coco Chanel ubrana w ekstrawagancki kostium i czerwone szpilki od Louboutina 🙂 Po odprawie paszportowej i odebraniu bagaży, ruszyłyśmy do wyjścia. Tam, czekał już na nas taksówkarz, który zawiózł nas do małego studio, przy Rue Jouvenet. Mieszkanie było śliczne. Przytulne i gustownie urządzone. Wielkie okna otulone kremowymi zasłonami, drewniany stół, półka, na której stały równo poukładane książki i magazyny o modzie oraz miękka, wygodna sofa z mnóstwem poduszek i kocami. Ogromne okiennice otwarte szeroko, zapraszały do środka pomarańczowe światło z ulicznej latarni. Ponieważ było już bardzo późno, zrobiłam pyszną, tradycyjną jajecznicę. Na stole nie mogło zabraknąć chrupiącej, paryskiej bagietki oraz świeżo wyciśniętego soku ze słodkich pomarańczy.

Ostatnią rzeczą, którą pamiętam zanim zasnęłam, to szumiące dźwięki przejeżdżającego metra, rozciągnięte jak pajęcza sieć, pod paryskim miastem.

Kolejny dzień zapowiadał się niezwykle obiecująco. Słońce nieśmiało wschodziło na niebie, rzucając pierwsze ciepłe promienie, na ściany kamienic w kolorze piaskowym.

Zaparzyłam sobie kawę. Jej aromat pachniał inaczej niż zwykle, choć była to najzwyklejsza kawa na świecie. Poranek był chłodny, a ulice puste. Nieliczni mieszkańcy Paryża, siedzieli w malutkich kafejkach, pijąc mleczne latte i rozkoszując się maślanymi rogalami croissant.

magazine-891005_1920

 

Pierwszym punktem na mojej liście „must see”, była majestatyczna wieża Eiffla. Zdecydowałam się na spacer, żeby lepiej poznać okolice w której mieszkałyśmy. Budynki przy Rue Jouvenet , są wyniosłe i dumne. Z paryską nonszalancją, prezentowały swoją wielkość. Auta mijały nas na ulicy jak gdyby nigdy nic… Ludzie na przystankach, stali zaspani i znudzeni w oczekiwaniu na autobus. A ja chciałam tańczyć, skakać i krzyczeć: Ludzie, obudźcie się!! Jesteśmy w Paryżu!!!

I faktycznie, chwilę później wielu z nas, obudziło się z porannego letargu. Spacerując główną ulicą Avenue de Versailles, nagle usłyszałam głośne strzały. Jeden za drugim przerwały poranną ciszę…Spojrzałam szybko w stronę Parc Sainte-Périne, mój wzrok zatrzymał się na kobiecie, która chowała głowę w rękach i niemal skuliła się ze strachu. Szarpnęłam gwałtownie Hanię za rękę i przeszłam na drugą stronę ulicy, nie oglądając się za siebie. Zdążyłam tylko usłyszeć jak córka pyta : Mamo co robisz?!

Strzały ucichły, a ja wzięłam kilka głębokich wdechów. Dopiero wtedy, odważyłam się spojrzeć w stronę parku. Okazało się, że ktoś wystrzelił najzwyklejsze w świecie fajerwerki. Jednak nie spodziewałam się ich w niedzielny poranek, w dodatku tak wcześnie. Przez chwile rozważałam nawet powrót do apartamentu, jednak wizja spędzenia dwóch dni w zamknięciu, skutecznie odwiodła mnie od tego pomysłu. Ta sytuacja uświadomiła mi jednak, jak bardzo ludzie żyjący w Paryżu, są świadomi zagrożenia terrorystycznego. I jak wielu z nich, codziennie zmaga się ze strachem.

Zbliżyłyśmy się do wielkiego skrzyżowania, GPS poprowadził nas w prawo. Po przejściu kilku kroków podniosłam głowę i ujrzałam wieżę Eiffla. Na chwilę przestałam oddychać, przestałam słyszeć, a ciało zastygło jak kamienny posąg. Oczy miałam wilgotne od łez, a usta zaciśnięte mocno, torując drogę ucieczki dźwiękom wzruszenia. Nie odważyłam się mrugnąć, bo bałam się, że obraz zaraz zniknie.

Jestem w Paryżu… Wyszeptałam.

Nagle dotarły do mnie słowa mojej córki. Siedmioletnie, niebieskie oczy patrzyły na mnie z dezaprobatą. Hania, widząc moje wzruszenie, skwitowała krótko: „Jezu, ja tam z Tobą nie idę” 🙂 🙂 Okazało się, że gołębie robią na Niej większe wrażenie, niż 300-metrowa wieża.

Dalsza droga, wiodła wzdłuż Sekwany. Statki z lekkością unosiły się na wodzie, czekając na pierwszych pasażerów. Przepięknie zdobione mosty, przecinające rzekę oraz budynek Radio de France, zrobiły na mnie niewiarygodne wrażenie.

Malutkie, urocze kafejki, były wypełnione po brzegi, spragnionymi paryskich przysmaków klientami. Reszta turystów śpieszyła się, by wdrapać się na 300-metrowy „Cud ze stali”.

Widok wieży Eiffla z bliska wzbudził we mnie wiele emocji. Plac, na którym stoi jest ogromny i oprócz zwykłych ludzi beztrosko spędzających czas, spacerują tu również żołnierze, którzy uzbrojeni w karabiny pilnują bezpieczeństwa.

Jadąc windą na drugie piętro wieży, poczułam motylki  brzuchu i nutkę ekscytacji. Widok na panoramę Paryża jest fenomenalny!!

Na sam szczyt wieży niestety nie było dane nam wjechać. Choć bilety w ręce wykupione ściskałam, to strach mojej córki wziął górę. Zapłakane oczy, kategorycznie odmówiły podziwiania Paryża z wysokości 300 metrów. Prosiłam, przekonywałam, błagałam, bezskutecznie.

Kilka minut później, zupełnie zapomniała o całym strachu i przerażeniu. Większą atrakcją okazało się, karmienie gołębi… 😉

Po całym dniu zwiedzania i przeżytych przygód, zjadłyśmy pyszny obiad w cudownej Le Castel Café na rogu Rue de Buenos Ayres. Zamówiłam puszysty omlet z szynką, cebulą i serem, serwowany z cieniutkimi, chrupiącymi, french fries i świeżą sałatą, skropioną octem balsamicznym. Gęba w niebie!!!! Hania dostała naleśniki z nutellą, świeżymi bananami i gałką lodów waniliowych…

Do domu wracałyśmy zmęczone jak diabli, ale absolutnie szczęśliwe. Choć pod koniec wyprawy dowiem się od Hani, że w Paryżu to jednak było nudno, zdecydowanie wybiorę się tam w przyszłości jeszcze kilka razy. Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że jestem beznadziejnie, na zabój i na zawsze, zakochana w Paryżu!!

Paris, j’te aime!!!!

wspomnienia

37 Rzeczy, które świadczą o tym, że jesteś dzieckiem lat 90.

Jestem pewna, że masz swoje ulubione wspomnienia z okresu dzieciństwa. Moim najlepszym wspomnieniem, jest beztroska zabawa na podwórku. Bez tabletów, telefonów, laptopów, smartfonów, za to z mnóstwem siniaków i obdartymi non stop łokciami i kolanami. Do domu wracałam, tylko żeby coś zjeść, a potem znowu „na dwór”. Pamiętam wiatr we włosach, który czułam, pędząc na swoich skrzypiących wrotkach, zimną oranżadę w pobliskim sklepie, która wypijało się duszkiem, dzieląc się oczywiście z najlepszą koleżanką. Pamiętam taplanie się w błocie przed blokiem, bez obawy o jakaś straszną chorobę i krzyku mamy: wyjdź mi z tego błota, bo się ubrudzisz! Małe kijanki, których było mnóstwo w podwórkowych kałużach i rechot żab wieczorem. Ugryzienia komarów i brzęczące koło ucha chrabąszcze, które wczepiały się we włosy, a ja wrzeszcząc w wniebogłosy, próbowałam je wyciągnąć. Polne kwiaty, którymi łąka była usiana i latające motyle. Zapach ciasta drożdżowego oraz domowe przetwory robione z zebranych na działce owoców. Smak domowego makaronu, robionego przez moją mamę i rosół, który gościł na stole w każdą niedzielę. Słowa Babci powtarzane na obiedzie: mięsko zjedz, ziemniaczki zostaw 😀 . Pamiętam truskawki i czereśnie, które można było jeść prosto z drzewa czy krzaczka i nikt nie robił z tego afery. Oddałabym wszystko, żeby przenieść się w czasie do tamtych chwil i przeżyć jeszcze jeden, taki beztroski dzień. W pamieci zapadły mi inne, charakterystyczne dla mojego okresu dzieciństwa rzeczy, których listę znajdziesz poniżej.

1. Guma Donald. Pamiętasz?? Ja do dzisiaj czuję jej zapach i słyszę szelest rozdzieranego w try migi opakowania, by tylko obejrzeć malutki komiks z kaczorem Donaldem 🙂

2. Batoniki Koukou Roukou. Sławna piosenka z reklamy: „ Koukou Roukou jest chrupiące, w szkole w lesie i na lace”, która szybko została przerobiona na rymowankę : Koukou Roukou jest trujące, rakotwórcze i śmierdzące 😀 😀

3. Cudowne lata. Serial opowiadający o chłopcu imieniem Kevin, który żył w typowej amerykańskiej rodzinie w latach 60 tych. Był szaleńczo zakochany w swojej koleżance o imieniu Winnie Cooper. Jego ciapowaty kumpel Paul Pfeiffer, noszący okulary, towarzyszył mu w jego przygodach. Serial rozpoczynała piosenka Joe Cockera: „With a Little help from my friends” 🙂

4. Gra w gumę. Wszystko bym oddała za to, by kupić dłuuuugi kawał gumy i poskakać jak za dawnych czasów, może kondycja już nie ta, ale pewna jestem, że do pasa to bym śmiało doszła 😀

5. Teleranek. Rozpoczynający się biegiem kolorowego koguta, który dokładnie co do minuty o godzinie 9:00 wskakiwał na plot i piał, zapowiadając program.

6. Żaba Monika i Kulfon. Do dziś nie wiem kim lub czym był Kulfon, ale pamiętam, jak Monika śpiewała: Kulfon, Kulfon co z Ciebie wyrośnie, martwię się już od tygodnia.

7. Moda na flanelowe koszule w kratę, ala robol 😛

8. Po gumie balonowej Donald, warto też wspomnieć gumę Turbo, która cieszyła się mega powodzeniem, zwłaszcza wśród chłopców.

9. Bajka „Reksio”, który nie bał się przyłożyć w tyłek, jak trzeba było, przeżywał super przygody i zawsze znalazł rozwiązanie każdego problemu.

10. Wysyp blokowisk. Długich, wysokich, szeregowych mieszkań. Zabawy na budowie i łapanie kijanek w bajorze przed blokiem.

11. Zestaw komunijny, który zawierał długopis, kalkulator i zegarek.

12. Syrenki, małe fiaty 126p i polonezy, które były symbolem dobrobytu.

13. Elektroniczne zegarki z melodyjkami, firmy Montana, które na nadgarstku wyglądały jak warty miliony Rolex 😀

14. Gazeta Bravo i tona dziwnych porad, zupełnie nieadekwatnych do wieku czytających ten magazyn dziewczynek.

15. Zespół „Backstereet boys” i tysiące złamanych, nastoletnich serc hahahaha.

16. Serial „MacGyver. Głównym bohaterem był gość, który potrafił zrobić coś z niczego i wyjść bez szwanku z każdej opresji 😛

17. Domowe przedszkole. Głównym bohaterem programu był krasnal Hałabała, który zabierał dzieci w nieznane miejsca, przedstawiał ludzi tam mieszkających oraz panujące u nich zwyczaje.

18. Pamiętasz te kolorowe napoje w woreczkach z rurką??? Swoją drogą, ciekawe jak bardzo chemiczne były 😀

19. Oranżada w szklanych butelkach zamykanych na kapsel, biała albo czerwona. Smak białej pamiętam do dziś. Była najlepsza!!!

20. Kolorowe kulki, które nakładało się na rowerowe szprychy.  Podczas jazdy, wydawały stukające dźwięki. Albo kawałek plastiku, wciśnięty między szprychy, dla jeszcze lepszych efektów dźwiękowych.

21. Mleko w tubce. Słodkie jak jasna cholera, po którym próchnica murowana, ale kto by się tam przejmował 😀

22. Gwiżdżące lizaki 😛  BOMBA!!

23. Jajeczko tamagotchi, które trzeba było karmić bawić się z nim i poświęcać uwagę, bo jak nie to kaput 🙂

24. Zabawy na trzepaku, po których, niejedna noga czy ręka były złamane, ale co tam, do wesela się zagoi.

25. Odtwarzacze kaset Unitra :) normalnie dźwięk dolby digital 2:00 :D, na których nagrywało się swoje ulubione kawałki z radia i kasety magnetofonowe które przewijało się ołówkiem.

26. Karty telefoniczne,  które można było kupić z określonym limitem na rozmowy i  budki telefoniczne.

27. Kolorowe notesiki, z karteczkami do wymiany. Zazwyczaj, wymieniało się nimi na szkolnych przerwach czy na podwórku.

28. Mała elektroniczna gra, w której występowali wilk i zająć. Zając co chwile wyskakiwał to z lewej, to z prawej strony, sprawdzając jak wilk sobie radzi w łapaniu jajek do koszyka.

29. Komputery Amiga Commodore, które były szczytem technologi, coś jak Apple dzisiaj 😀

30. Smerfy. Tego chyba nie muszę opisywać. Po prostu klasyk. Wieczorynka była o godzinie 19.00 potem paciorek, siusiu i spać, nie ma ze boli.

31. „Kevin sam w domu” i „Kevin sam w Nowym Jorku”. Filmy pojawiały się na ekranach tv w okresie Świat Bożego Narodzenia. Tak jest zresztą do dziś.

32. Michael Jackson. Jego hity takie jak: „Man in the mirror”,  „Black & White”, „Billy Jean” uniwersalne, już chyba na zawsze.

33. Sklep Pewex, który był jak amerykański sen…

34. Serial Beverly Hills 90210. Występował tam Dylan, w którym nie jedna laska widziała swego przyszłego męża. Wszyscy bzykali się ze wszystkimi, oprócz Andrei, ona była porządna 😉

35. Walkmany, na kasety oczywiście 🙂

36. Wrotki, takie na czterech kółkach. Nie były tak wypasione, jak rolki w tych czasach. Miały skórzany pasek, który zapinało się wokół kostki, wiązane z przodu na sznurówkę, można je było regulować, dopasowując do wielkości stopy.

37. Wakacje nad polskim morzem. Mimo zimna jakie czuło się po wejściu do morza, na pytanie mamy, czy jest Ci zimno? Odpowiedz była jedna, nie 🙂 Plus pyszne chrupiące gofry i smażona rybka, mmmm gęba w niebie!!

clearwater-beach-1503593_1280

Lista jest długa. Założę się jednak, że czytając ten tekst, kilka razy uśmiech zagościł na Twojej twarzy. Jeśli jest jeszcze coś, o czym zupełnie zapomniałam, to śmiało przypomnij mi w komentarzu . ❤